Wspominam tu od jakiegoś czasu o książce, której rękopis ostatnio badam w wolnych chwilach. Otóż najwyższy chyba czas napisać, cóż to właściwie jest za powieść, zwłaszcza że narosło wokół niej sporo niepokojących wydarzeń. Tajemnicze nocne wizyty i niezbyt udolne próby włamania świadczą o tym, ze ktoś chce pozyskać posiadany przeze mnie rękopis. Dlatego właśnie postanowiłem jak najszybciej skończyć pracę. I udało się. Oryginał jest już w bezpiecznym miejscu, a ja zajmuję się analizą tego co udało mi się zbadać. A jest nad czym siedzieć!
Dziś w nocy odczytałem ostatnie strony, a moje notatki w kilku kopiach wysłałem do przyjaciół w różnych częściach świata. Głównie dlatego, że zależy mi na ich opinii. Większość to specjaliści z branży antykwarycznej. Ale jest wśród nich też grafolog, któremu posłałem zdjęcie kilku kart książki. Jedną z fotografii chciałbym pokazać również tutaj. Znajdziecie ją na dole, poniżej tekstu.
Mimo że powieść tą napisano po francusku, uważana jest za jedno z arcydzieł polskiej literatury. Przyznam, że to arcydzieło dość już zapomniane, ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu z dumą wymawiało się nazwisko Jana Potockiego, a wiele miast do dziś szczyci się ulicami nazwanymi jego imieniem. Inna sprawa, że mało kto z mieszkańców tych ulic wie kim ten pan był. Jeżeli jeszcze kojarzą go z polską szlachtą, to już sukces.
Potocki był nie tylko człowiekiem sztuki, dał się poznać jako polityk, uczestnik Sejmu Wielkiego, wiele podróżował, docierając aż do Mongolii. Jednak najbardziej znany jest dziś jako twórca fantasmagorycznej powieści, zatytułowanej Rękopis znaleziony w Saragossie.
Szkatułkowa konstrukcja powieści opiera się na drobnym literackim oszustwie, często stosowanym przez XVIII-wiecznych pisarzy. Początkowo dowiadujemy się, że podczas jednej z kampanii napoleońskich, francuski oficer odnajduje w Saragossie tytułowy rękopis. Dalsze opowieści, to już przywołanie treści tego manuskryptu. Nie jest to jednak jedyna tego rodzaju konstrukcja w powieści. Już czytając tekst co jakiś czas natrafiamy na opowieści z drugiej, trzeciej, czy czwartej ręki, sięgające swoimi korzeniami nawet do średniowiecznych legend. Mimo że gdybyśmy chcieli streścić fabułę “Rękopisu…”, łatwo można by dojść do wniosku że to wybitnie nieskładna gmatwanina wątków, podczas lektury to wrażenie znika.
W rzeczywistości Jan Potocki niesamowicie składnie przedstawia nam fabułę, a z niepozornych elementów układanki tworzone są ważne dla konstrukcji opowieści elementy. To rzeczywiście wymagająca powieść, wymaga jednak jedynie niezbędnej koncentracji, a nie jakiegoś wzmożonego intelektualnego wysiłku.
Bohater znalezionego rękopisu, Alfons van Wordena, kapitan gwardii Katalońskiej, przez sześćdziesiąt sześć dni snuje się po okolicach doliny Los Hermanos, w której dzieją się rzeczy niesamowite i straszne. W opowieści, której każdy rozdział odpowiada jednemu dniu wydarzeń , znajdziemy nawiedzoną karczmę, kabalistyczną sektę, upiory i wszelkie inne niesamowitości. Akcja przenosi się również w czasie, co powoduje, że czytelnik poznaje zupełnie inne elementy opowiadanej w rękopisie historii.
Już w czasach kiedy hrabia Potocki publikował swoją powieść, była ona czymś tajemniczym i niezwykłym. Z resztą również okoliczności śmierci pisarza są dziwne i niejasne. Czy rzeczywiście sam odebrał sobie życie? Czy w lufie jego pistoletu tkwiła srebrna, poświęcona przez księdza kula? Nawet ewentualna próba odpowiedzi na każde z tych pytań, sprawia, że automatycznie stawia się kolejne pytania. Dziś już chyba nie dowiemy na ten temat wiele więcej, niż dotąd wiadomo. Piszę “chyba”, gdyż być może jakaś odpowiedź kryje się w książce o której od kilku dni nieco tu wspominam.
W okolicznościach, o których nie mogę za wiele napisać, wszedłem w posiadanie jednej z odręcznie pisanych kopii “Rękopisu pisanego w Saragossie”. Mogę zapewnić jedynie, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem, ale kolekcjoner, który tą książkę spieniężył pragnie zachować anonimowość. Nazwijmy go więc dla uproszczenia po prostu Kolekcjonerem.
Kolekcjoner jeszcze przed sprzedażą poinformował mnie, że próbował czytać fragmenty powieści, ale jego francuski nie jest na zbyt wysokim poziomie. Jednak nawet on poznał, że są spore rozbieżności pomiędzy rękopisem, a polskim tłumaczeniem książki Potockiego. Szybko jednak okazało się, że Kolekcjoner zaniechał dalszych badań, uznając, że cała sprawa dotyczy nierzetelności polskiego przekładu. Ja oczywiście musiałem posunąć się w tej sprawie trochę dalej.
O rozbieżnościach między wersją francuską “Rękopisu…”, a polskim tłumaczeniem, którego autorem jest Edmund Chojecki, mówiło się jakiś czas temu dość dużo. Środowisko naukowe żywo zareagowało na sensacje ogłoszone przez komparatystów. Okazało się, że nie jest to jednak aż tak wielka sensacja. Chojecki, pracujący nad swoim tłumaczeniem po prostu nie mógł znać całości powieści, gdyż opublikowana po śmierci Potockiego książka opierała się na fragmentach rękopisu. Polskie tłumaczenie ukazało się w 1847 roku i było bazą wszystkich kolejnych edycji. Faktem jest, że różnice między polską a francuską edycją są również spore. Z czego więc korzystał Chojecki? Może z jakiejś innej wersji rękopisu?
Aby uniknąć pomyłek proponuję wersję, która posłużyła do wydania francuskiej edycji nazwać Rękopisem A, hipotetyczny, zapewne już dziś nieistniejący manuskrypt Chojeckiego niech będzie Rękopisem B, zaś egzemplarz który udało mi się kupić, określmy jako Rękopis C.
Francuzi dopiero niedawno wydali oryginalny “Rękopis znaleziony w Saragossie” według Rękopisu A, bez zmian i skrótów znanych z poprzednich edycji. Porównanie tego tekstu z polskim tłumaczeniem wznawianym co jakiś czas, daje nam ciekawe efekty. Edmund Chojecki zapewne znał francuską edycję skróconą, oraz dysponował czymś jeszcze, zapewne właśnie Rękopisem B. Świadczy o tym fakt, że niektóre fragmenty znane od lat polskiemu czytelnikowi pojawiły się w wersji francuskiej dopiero teraz. Oddala to od tłumacza zarzuty o konfabulacje.
I tu dochodzimy do książki, która jeszcze niedawno spoczywała na moim biurku. Rękopis C to momentami niemal zupełnie inna książka. Jest krótszy od pozostałych wersji, zawiera sporo skreśleń i notatek, ale przede wszystkim nie zgadza się tam pewne założenie fabularne. Oto podstawowa różnica: w znanej nam wszystkim wersji występują Druzowie, sekta z pozoru mahometańska, z kilkoma stopniami wtajemniczenia. Rękopis C przedstawia sprawę inaczej. Sekta nie jest tam tak starodawna, ani tajemnicza, stworzyli ją bowiem mnisi z zakonu dominikanów, aby móc się wykazać przed Wielkim Inkwizytorem. Nie trudno się domyślić, że chodzi tam o samego Torquemadę.
Mam wrażenie że rękopis jest autentyczny, ale czekam jeszcze na wspomniane już powyżej ekspertyzy. Najbardziej jednak niepokoi mnie, że włamywacze, o których wspominałem wczoraj, mieli na sobie mnisie szaty.
A Kolekcjoner dziś nie odbiera telefonu…
A.
J. Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie, Warszawa 1965.


Komentarze
Prześlij komentarz