Dawno tu nie pisałem, a nie godzi się zaniedbywać gości, za jakich Was wszystkich uważam. Czas nadrobić to kolejną opowieścią, na informacje o sprawach bieżących przyjdzie czas (a wierzcie mi, dzieje się sporo!)
Pomyślałem sobie, że warto czasem wspomnieć o autorach, którzy na pierwszy rzut oka nie byli nigdy łączeni z literaturą grozy, a mimowolnie, dzięki kilku, a czasem nawet jednemu utworowi, stawali się klasykami grozy. Osobą, której nikt z DZISIEJSZYCH nie podejrzewałby o napisanie horroru był też niewątpliwie sir Artur Conan Doyle. Co prawda miał on na swoim koncie powieści fantastyczne (jak choćby osławiony Zaginiony świat), nic jednak nie wskazywało na to, by bohaterem powieści grozy miał się stać jego ulubiony i najbardziej znany bohater. Mówię tu oczywiście o Sherlocku Holmesie, postaci, która zawsze była ostoją racjonalizmu. Conan Doyle, który sam interesował się m.in. okultyzmem, uwielbiał demaskować rozlicznych oszustów, a słynny detektyw był w tej zabawie doskonałą bronią.
Tymczasem w historii, o której Wam dziś opowiem po raz pierwszy w całym holmesowskim cyklu mamy do czynienia z rasową opowieścią grozy. W odróżnieniu od innych, dość typowych spraw kryminalnych, prowadzonych przez Holmesa, ta powinna zmrozić Wam krew w żyłach… No dobrze, trochę sobie z Was żartuje, faktem jednak jest, że sugestywny styl pisarza doskonale nadaje się do opisywania rzeczy niesamowitych.
Opowieść ta zaczyna się podobnie, jak wiele innych historii o Sherlocku Holmesie. Pewnego dnia, rankiem, detektyw wraz ze swym przyjacielem, doktorem Watsonem rozmawiają na temat laski, którą zostawił w domu przy Baker Street pewien nieznajomy. Złożył on wizytę Holmesowi dzień wcześniej, ale go nie zastał, zostawiona zaś przez roztargnienie laska okazała się cennym źródłem poszlak na temat tożsamości nieznajomego. W trakcie rozmowy właściciel owego przedmiotu ponownie odwiedza detektywa i opowiada mu o sprawie, której dotyczy jego wizyta.
Od tego momentu Conan Doyle łamie narzucone wcześniej cyklowi opowiadań sztywne ramy racjonalizmu. Opowieść porannego gościa "doktora Mortimera" dotyczy klątwy, która została rzucona na ród Baskerville’ów. Powodem tej klątwy miała być postać okrutnego lorda Hugona Baskerville’a, który porwawszy brankę z folwarku sąsiadów, zamknął ją we wieży. Dziewczynie udało się uciec, ale kiedy lord to zauważył, ruszył w pościg, klnąc się, że zaprzeda duszę Diabłu, jeśli uda mu się ją złapać tej nocy. Pościg zamienił się w polowanie, psy podjęły trop dziewczyny, a lord Hugon wyrwał się przodem, nie czekając na resztę swych kompanów. Kompani owi, kiedy już ruszyli za lordem, napotkali pasterza, który powiedział im, że widział dziewczynę, sforę psów i samego lorda, ale u jego boku biegł też stwór straszny, psa przypominający tylko z wyglądu. Mimo, że ścigający nie dawali wiary opowieści o demonicznym psie, to nie wszyscy odważyli się zjechać do wąwozu, kiedy nad jego skrajem napotkali wyjące ponuro psy lorda. Ci, którzy zjechali ujrzeli ciało dziewczyny, która prawdopodobnie skoczyła z urwiska, obok zaś ciało Hugona Baskerville’a. W osłupienie i przerażenie wprawił ich jednak widok bestii, o której mówił pasterz. Ogromne, czarne jak noc zwierzę pożywiało się właśnie ciałem lorda. Wszyscy śmiałkowie, a było ich trzech, natychmiast uciekli. Jeden z nich umarł jeszcze tej samej nocy, a dwóch kolejnych straciło zmysły.
Od tego czasu pies miał być przekleństwem całego rodu, ukazywał się ponoć co jakiś czas, zwiastując nieszczęście. Wielu potomków Hugona Baskerville’a zginęło w tajemniczych okolicznościach, co przypisywano czarnej bestii.
Doktor Mortimer okazał się przyjacielem zmarłego niedawno sir Karola Baskerville’a. W przypadku tego zgonu również można mówić o niejasnych powodach - lord zmarł bowiem na atak serca podczas spaceru po własnych włościach, a jego twarz w pośmiertnym skurczu wykrzywiał wyraz niepojętego przerażenia. Na domiar złego doktor Mortimer odnalazł niedaleko ślady, które pozostawić mógł olbrzymi pies - bestia będąca klątwa Baskerville’ów. Największym jednak problemem było dla doktora, jako przyjaciela i powiernika sir Karola, zapewnienie bezpieczeństwa jego spadkobiercy, Henrykowi, który przyjechał właśnie ze Stanów.
Kiedy okazało się, że dziedzic fortuny Baskerville’ów jest śledzony i ktoś próbuje go nakłonić do zaniechania powrotu w na ojczyste tereny, Holmes postanawia działać. Wysyła doktora Watsona wraz z sir Henrykiem i doktorem Mortimerem do Baskerville Hall, rodowej posiadłości, gdzie przed wiekami żył Hugon Baskerville. Na miejscu doktor Watson próbuje prowadzić śledztwo i pisze raporty do detektywa, który pracować ma nad sprawą w Londynie. Jak się jednak okazuje Holmes jedzie w ślad za swoim przyjacielem, by z ukrycia obserwować bieg wydarzeń.
To, co dzieje się po przybyciu doktora Watsona do Baskerville Hall, to przykład ciekawej intrygi osnutej wokół osoby młodego lorda i jego majątku. Czytelnik poznaje stopniowo ludzi, którzy znali starego lorda Karola i dostaje coraz więcej informacji i możliwościach i ewentualnych motywach. W końcu na scenę tryumfalnie wkracza Sherlock Holmes, by zdemaskować okrutnego mordercę.
Powiecie może, ze to nie horror, skoro zabójcą okazał się zwykły człowiek? Cóż, w opowieści o Sherlocku Holmesie nie powinniśmy chyba spodziewać się innego zakończenia. Nie zmienia to jednak faktu, że ponury, niemal gotycki nastrój tej opowieści stawia ją w tym samym rzędzie, co Draculę Brama Stokera, Frankensteina Mary Shelley, czy Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a pióra Roberta L. Stevensona (do którego na pewno tu jeszcze wrócę). A co jest najbardziej przerażającego w historii zatytułowanej Pies Baskerville’ów? Otóż jest to fakt, że czasem człowiek zdolny jest do znacznie większych bezeceństw z powodu bardzo niskich pobudek.
A. C. Doyle, Pies Baskerville’ów, Warszawa 1974.

Komentarze
Prześlij komentarz